Maciej Skudlik
Ekspert w dziedzinie analiz ekonomicznych, wycen przedsiębiorstw oraz standardów rachunkowości

– Obyśmy żyli w ciekawych czasach!

Wyżej wymienione proroctwo, można rzec nawet: klątwa, prześladuje nas dziś ze straszliwą siłą. Można się zastanawiać nad kondycją i odwagą społeczeństwa, które kiedyś rzucało się na czołgi niczym „kamienie na szaniec”, a teraz praktycznie zlikwidowało swą aktywność życiową (a w konsekwencji: ekonomiczną) z powodu (jednego z wielu „dostępnych na rynku”) wirusa. Ale to nie zmienia sytuacji, w której najpierw wyłączone z życia, a następnie zmuszone do budowania swojej pozycji od nowa zostały wszelkie biznesy eventowe (mecze, koncerty, konferencje), sportowe, rekreacyjne, turystyczne, usługi restauracyjne, okołoweselne, fryzjerskie oraz wiele innych. Praktycznie nieustannie pracują tylko lekarze oraz … księgowe. Księgowe, które w pocie czoła wysyłają za swoich klientów ogrom zbiurokratyzowanych wniosków o pomoc z tytułu tarcz antykryzysowych.

Na wielu rynkach do klasycznej niepewności stricte biznesowej doszła jeszcze jedna niepewność: czy i kiedy jakaś pandemia lub coś podobnego nie wyłączy ponownie naszego biznesu? Inwestycje praktycznie, co nie dziwi, zamarły! Może to zatem okazja dla firm, które chciałyby lub muszą się rozwijać? Być może tak. Ale jak policzyć w tych trudnych czasach zasadność wyłożonych środków na inwestycję?

I BEZ PANDEMII BYŁ(BY) KŁOPOT

Życiem ekonomicznym sterują cykle koniunkturalne. Nie ma wątpliwości, że w ostatnich latach, na bazie tzw. boomu, zostało „nadmuchane” szereg baniek: deweloperska (szczególnie widoczna w miastach, gdzie każde boisko czy park próbuje się zamieniać na bloki), rozrywkowa (różne „Energylandie” oraz parki wodne typu „Park of Poland Suntago”) i kilka innych. Nie, że mam coś przeciw takim biznesom
(broń Boże, sam chętnie skorzystam), ale sytuacja, w której rentowność rozrywki wielokrotnie przewyższa rentowność produkcji, a bycie piłkarzem drugoligowej drużyny jest bardziej zasadne ekonomicznie niż paranie się prowadzeniem własnego biznesu, jest, bez dwóch zdań, patologiczna, nienormalna. Wirus tę nienormalność ewidentnie „wyprostuje”.

Natomiast w dziedzinach „normalnych”, wbrew obowiązującej narracji o boomie, i tak był kłopot. Polska giełda „leżała” od kilku lat i bez pandemii (z powodu braku popytu jest więcej wycofań niż debiutów), a inwestycje w zasoby produkcyjne były też od lat obarczone poważnym ryzykiem. Zasadniczo, poza jednostkami państwowymi (budowa elektrowni w Opolu czy Jaworznie), biznes inwestował bardzo ostrożnie i w zasadzie tylko w te przedsięwzięcia, które mogły przynieść szybki (maksimum 3–5 lat, a to i tak długo) i w miarę pewny (?) zwrot z wyłożonego kapitału. Biznes prywatny też (w miarę moich obserwacji) stronił od nadmiernego zadłużania się w bankach, vide: lekcja z kryzysu z 2008 r.

Pełna treść artykułu została opublikowana w numerze 4/2020 magazynu Controlling i Zarządzanie…

Zajrzyj również do naszego Archiwum. Znajdziesz w nim pełen spis treści numeru 4/2020.